Evernote - narzędzie do walki z czasem

May 2nd, 2009

Długo nic nowego nie zamieszczałem na blogu. Powody są tak prozaiczne, że nie warto o nich wspominać. Na usprawiedliwienie mam do zaprezentowania http://www.pstro.pl Czyli wspólny projekt mój i Maćka. To z pewnością nie jest ostatni raz, gdy o nim piszę, ale dziś chciałbym tylko polecieć Wam kilka artykułów na jego temat i gorąco zaprosić do testowania.

W zamian za Wasze pierwsze recenzje napisane na pstro mam dla Was informację o genialnym programie, który zwiększy waszą produktywność i pozwoli poczynić ogromne oszczędności Waszego czasu.

Chodzi o Evernote, program, przez który, jak głosi plotka Google zamknął jeden ze swoich projektów - Notepad.

Evernote jest wspaniałym programem do sporządzania i zarządzania notatkami. Doskonale integruje się z systemem operacyjnym, dzięki czemu jest zawsze pod ręką. Dane przechowywane są na serwerze, więc mamy do nich uniwersalny dostęp i możliwość synchronizacji pomiędzy różnymi urządzeniami.

Nie o samym Evernote jest jednak ten post, a o sposobie, w jakim ja go wykorzystuję. Pamiętacie mój post o produktywności, gdzie mówiłem, że nigdy nie czytam artykułów na WWW, tylko zbieram je do paczki, drukuje i czytam Np. W środkach komunikacji miejskiej? Od momentu poznania Evernote nie jestem już zagrożeniem dla lasów, a przy tym da się zaoszczędzić parę groszy.

Jak to działa?

Evernote posiada bardzo przyjemną integrację z FireFoxem. Wystarczy jedno kliknięcie, by zaznaczona treść znalazła się w Evernote i to razem z formatowaniem tekstu i zdjęciami. Zalecam kopiowanie wersji “do wydruk” ze względu na lepszą czytelność, brak reklam, niezwiązanych z tematem linków, itp.

Zaznaczamy tekst w FireFoxie i wrzucamy go do Evernote

Co się dzieje po tym kliknięciu? Zawartość artykułu umieszczana jest na naszym koncie

en_2

Mamy do niej dostęp z każdego urządzenia współpracującego z Evernote, Np naszego PDA.

Przegląd notatek na PDA Wbrew pozorom czytanie na PDA nie jest kłopotliwe

Brzmi to trochę kuriozalnie, ale Evernote służy mi za mobilną, offline’ową przeglądarkę internetową, dzięki której czytam wtedy, gdy naprawdę nie mam nic odpowiedniejszego do roboty i w niczym mi to nie przeszkadza.

Społecznościowy filar emerytalny

January 15th, 2009

Od lutego startuję z pewnym eksperymentem inwestycyjnym, którego wyniki poznamy niestety, dopiero za 20 lat. Chociaż weryfikację poczynionych tutaj założeń można będzie przeprowadzić już po 4-5 latach. Tak długo będziecie musieli czytać tego bloga :)

Jako, że nie jestem najlepszym klientem ZUSu i staram się odprowadzać tam tylko tyle ile nakazuje prawo, to nie spodziewam się z ich strony solidnej emerytury. Tak naprawdę nie może się jej chyba spodziewać nikt, ale ja przynajmniej nie będę zdziwiony.

Postanowiłem więc odkładać trochę co miesiąc. W lutym 2008 wykupiłem w Skandia polisę o nazwie Spektrum Plus na okres 20 lat. Polisa jest zarządzana przez bankiera z Noble Banku i kosztuje mnie 500 zł miesięcznie. Wyliczając zyski zakładałem sobie, że polisa będzie zarabiać 10% rocznie. Tak naprawdę liczę na dużo więcej, ale jak to mówił doradca, bierzemy 10%, bo to wszędzie, ładnie pasuje :)

Po 20 latach mamy więc 382 848 zł .Od tego trzeba odjąć „Belkę”, bo w zapewnienia, że do tego czasu już go nie będzie, nie wierzę.

Niestety, przyszedł dobrze znany Pan Kryzys i w roku 2008 mogę zapomnieć nawet o 10%. Tak naprawdę jestem jakieś 300zł w plecy.

Nie można wyciągać tutaj żadnych wniosków dla inwestycji która ma 20x większy horyzont. Ostatnio chciałem nawet wykupić kolejną polisę, ale wpadłem na nieco inny pomysł - pożyczki społecznościowe.

Temat, chociaż nowy to pewnie już Wam dobrze znany. Tak więc co miesiąc będę przeznaczał 500zł na pożyczanie pieniędzy innym ludziom, przez internet za pośrednictwem serwisów kokos.pl i nowopowstałego smava.pl. Chociaż, z pewnością, w przyszłości pojawią się też inne okazuje. Sam jestem ciekawy, czy prawo nie zabrania mi pożyczania pieniędzy innym obywatelem UE, za pomocą lokalnych platform. Zacznijmy jednak skromniej.

Dlatego przedkładam pożyczki społecznościowe ponad inwestowanie w akcje, surowce, pogodę i inne tematy, które tak zawiodły w ostatnim miesiącach?

Bo w czasach kryzysu powraca zaufanie do najstarszych sposobów zarabiania pieniędzy, a takimi są właśnie pożyczki. Dotychczas ta sfera inwestowania była zarezerwowana wyłącznie dla banków. Od pewnego czasu już nie jest.

Pożyczki społecznościowe, to poza większym oprocentowaniem (nawet cztery razy stopa lombardowa, czyli do 26% w skali roku) również większe ryzyko. To nie jest tak, że ludzie nie spłacają swoich kredytów bankom, bo banki to duże i złe korporacje, których nie trzeba żałować. Ludzie nie spłacają z różnych powodów i mi też pewnie nie wszyscy pieniądze oddadzą, a mam mniejsze możliwość nacisku niż te duże, prawdziwe banki. Nie jestem jednak bez szans i dlatego to ryzyko podejmuję.

Zakładam, że uwzględniając ryzyko, zarobię na tym średnio 20% rocznie. Spłaty odbywają się w cyklu miesięcznym i będę je w 100% (rata+odsetki) reinwestował następnego miesiąca. Różnica będzie tylko w podatku Belki. Wspomniana polisa jest tego typu tworem, że podatek będę musiał zapłacić dopiero po 20 latach. W przypadku pożyczek, będę płacił co roku.

Jak to się kalkuluje? Pomijając podatek, po 20 latach mam na koncie jakieś 1,5 mln.

Nie są to kwoty, które powalają w tej perspektywie czasowej, ale wydają mi się że lepiej dostać 1,5 mln zł do ręki niż coś tam z ZUSu co miesiąc.

A jak Wy myślicie?

Zeitgeist

January 4th, 2009

Za namową Bartka z citydesign.pl obejrzałem obie części filmu Zeitgeist. Was również gorąco namawiam

Pierwsza część wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Jeśli chodzi o teorie spiskowe to mam już pewien przesyt. Obejrzenie pierwszej części wydaje się być jednak niezbędne by dobrze odebrać drugą (Addendum). Addendum przemówił do mnie bardziej. Głównie dlatego, że wiele zawartych tam poglądów to moje własne, do których doszedłem zupełnie innymi drogami.

Po za tym film ten nie demaskuje żadnej, wielkiej prawdy. Tłumaczy jedynie logikę pewnych zjawisk, porządkuje docierające do nas informacje, potwierdza nasze domysły.

Polecam, zwłaszcza na czekające nas miesiące (oby tylko) kryzysu finansowego.

Obie części filmu można ściągnąć tutaj: http://www.zeitgeistmovie.com. Gdyby ktoś miał problemy służę DIVxami z polskimi napisami.

Alior Bank - pierwsze wrażenie

December 5th, 2008

Bardziej z ciekawości niż z potrzeby (ok, skusiłem się na tą darmową 100wkę, którą dają na początek i perspektywą wygrania iPhone’a) postanowiłem otworzyć sobie konto w tej tzw. “wyższej kulturze bankowości” jaką rzekomo lansuje Alior Bank.

Moje wrażenia z pierwszej wizyty w oddziale są jednak dość niewysokie.

Przed wszystkim odwykłem już od stania podczas podpisywania dokumentów. Może jestem trochę rozpieszczony przez skóry i marmury w Noble Banku, ale bank w reklamach twierdzi, że można od niego wymagać, no to wymagam. Podpisanie umowy na ROR nie trwa 30 sekund (mimo iż wszystkie informacje podałem wcześniej przez internet) i choć liczyłem co najmniej na fotel z kawą to nic takiego nie miało miejsca. Możliwe, że mam chorą wyobraźnię.

Kolejna rzecz to oferta, która mimo lotnych haseł typu “Lokata nocna” i “Cashback” nie powala. Spodziewałem się, że będę agresywnie przekonywany do przeniesienia produktów do nowego banku, a nic takiego nie miało miejsca.

Zapytałem sam o możliwość przeniesienia kart kredytowych i linii kredytowej (zwanej też kredytem odnawialnym w rachunku). Ich karta oprocentowana jest na 22%  (mBank daje mi 20%, Millennium 18,07%), z tą różnicą, że Alior obniża oprocentowanie gdy zadłużenie rośnie powyżej 5000zł. Nie czuję się przekonany. Co do lini kredytowej to mBank kasuje mnie 14,35%, podczas, gdy Alior chce 16%.. Prawda, Alior ma Cashback 1%, czyli płacąc kartą 5000 zł miesięcznie 50zł dostaję gratis. Nie wiem czy jest to warte przenoszenia się.

Potem postanowiłem zaatakować z grubszej rury i wypytać (już na siedząco) o pożyczkę hipoteczną. Tutaj ich oferta (oprocentowanie rzeczywiste 11,60% w PLN ) przegrała z Dominetem (9,5%) , ale wgrywa maksymalnym okresem kredytowania (50 lat vs 20 lat). Niestety, mój niecodzienny sposób rozliczania się z pracodawcą nie znalazł uznania w Alior Banku i są w stanie uznać tylko 80% wysokości moich zarobków. Są jeszcze banki, które tak na to patrzą, ale zdawało mi się, że na wymarciu.

Na plus można uznać prawie darmowe przelewy (to zbyt skomplikowane, żeby o tym pisać) i przyjaźnie wyglądającą bankowość internetową.

Na koniec perełka, czyli namiastka StarTrek’a w postaci wszechobecnych ekranów LCD zwisających ze wszelkich, możliwych płaszczyzn. Lekkim dziwactwem jest też konieczność składania części podpisów za pomocą tabletu LCD. To chyba taki trik, żeby klient miał o czym opowiadać znajomym i miał poczucie, że jednak był na statku kosmicznym, a nie w banku. Mi pisanie po ekranie średnio wychodzi, ale faktycznie jest o czym opowiadać. Szkoda natomiast, że nie ma z czego korzystać.

06.12.2008

Zbyt wcześnie pochwaliłem ich bankowość elektroniczną. Taki sposób wprowadzania hasła jaki zastosowali jest dla mnie bardzo niewygodny i dyskwalifikuje ich jako moje primary account. Dlaczego nie pozwolą wpisać mi całego hasła, co zajmuje mi ułamek sekundy, a takie odliczanie literek to dłuższa zabawa. Dobrze, że nie ścigali się na tym polu z Millennium, które każe mi za każdym razem wpisywać cyferki z dowodu osobistego!

Autor powyższej recenzji zastrzega, że jest laikiem w temacie bankowości, a przedstawiona powyżej opinia jest jego subiektywnym punktem widzenia.

Odpowiedzialne drukowanie

November 25th, 2008

W poprzednim poście pisałem, że sporo rzeczy drukuję i czytam podczas przejazdów. Motylanogha - znajomy z blipa podsunął mi właśnie link do świetnego wynalazku, który optymalizuje drukowanie dokumentów pozwalając zaoszczędzić nie tylko pieniądze, ale również chroni nasze środowisko. Polecam tutorial.

Przy okazji www.printgreener.com pozwala również na “drukowanie” dokumentów do formatu PDF.

Moja walka z czasem

November 22nd, 2008

Przy okazji premiery nowego, bezpłatnego magazynu na temat GTD, który bardzo polecam chciałbym podzielić się z Wami kilkoma hackami, które sam stosuję w życiu codziennym, a które to pozwalają mi efektywniej wykorzystywać 24h dziennie. Nie pracuję na etacie, chociaż praca wyznacza mi pewien zakres stałych obowiązków. Niezależnie od tego bootstrapuję kilka projektów. Dla mnie każda chwila jest cenna, bo dzięki takiemu podejściu mam czas na dużo więcej niż tylko pracę. Wyznaję dewizę, że czas, podobnie jak pieniądze leży na ulicy. Problem tylko, że nie można go podnieść. Trzeba robić wszystko, by go tam nie zostawiać.

Dlaczego do pracy jeżdżę komunikacją miejską?

Przejechanie samochodem z centrum Gdyni do centrum Gdańska w godzinach porannych i późnym popołudniem bywa ponad godzinną przygodą w korkach. Wykorzystanie komunikacji miejskiej ma dla mnie dwie podstawowe zalety:

  • dostaję ekstra, dziennie 2h które mogę wykorzystać na jedną z czynności opisanych poniżej
  • w pakiecie mam darmowy, krótki spacer, który po całym dniu siedzenia przed komputerem (oraz przed następna rundą siedzenia przed nim) jest bezcennym wspomagaczem przyzwoitej formy mojego organizmu.

Zdarza mi się też czasem podróżować do innych miast w celach służbowych. Mając do wyboru 3 godziny samochodem lub 4 pociągiem wybiorę pociąg. W obie strony, daje mi to 8 ekstra godzin (dzień pracy!). Na taki wypad zawsze zabieram dwie baterie do laptopa albo dużo rzeczy do przeczytania. Mimo tej całej komputeryzacji to nadal prowadząc samochód nie wiele da się robić innych rzeczy w tym samym czasie.

Dlaczego nie mam iPhone’a?

iPhone to prawdopodobnie świetne urządzenie, ale dla mnie to przede wszystkim gadget. Na obecnym etapie mojego życia, przy decyzji o wyborze telefonu kierowałem się względami czysto praktycznymi. Używam HTC TyTN II, bo ma wbudowaną klawiaturę, na której można stosunkowo szybko pisać. Czas jaki spędzam w pociągach i autobusach wykorzystuję na szybkie odpisywania na maile, wprowadzania notatek, itp.

Czy na Twoim iPhonie i jego klawiaturze ekranowej można robić to równie szybko i wygodnie?

Dlaczego RSSy czytam na papierze?

RSS to wspaniały wynalazek, bo to my decydujemy kiedy czytamy interesujące nas informacje i artykuły. Ja osobiście nie lubię czytać dłuższych tekstów na komputerze. Co dzień rano, przed wyjściem do pracy, przeglądam kanały RSS, zbieram wszystko (copy/paste) do jednego pliku w Wordzie i drukuję go. Jest to przeważnie 40-50 stron. Jeśli wybierzemy opcję drukowanie obustronnego i po dwie strony na jednej kartce wyjdzie nam max 12 kartek A4. Lasy cierpią, ale te dwie, zaoszczędzone dzięki komunikacji miejskiej godziny są doskonale spożytkowane. Szkoda mi czasu, który spędzam w domu czy pracy na czytanie.

Dlaczego nie oglądam filmików na YouTube i nie klikam na linki?

Oczywiście, że oglądam i klikam, ale prawie nigdy w momencie otrzymania takiego linku. Moją podstawową czynnością w takim przypadku jest wysłanie linka na specjalne konto pocztowe (można użyć reguł w Outlooku). Artykuły kryjący się pod linkami drukuję rano, następnego dnia, razem z RSSami, a inne rzeczy, jak np. filmiki na YouTube oglądam raz w tygodniu, zbiorczo. Może jestem nieco opóźniony, ale tak samo jak procesor najwięcej zasobów poświęca na przełączanie się miedzy zadaniami, tak człowiek traci najwięcej produktywności, gdy jest ciągle odrywany od aktualnie wykonywanego zadania i przełączany do innego. Nie ma znaczenia czy zrobimy sobie przerwę na 3 minutowy teledysk, czy na przeczytanie kilku akapitów tekstu. Ponowne przestawienie się na poprzednie zadanie kosztuje zbyt wiele, zwłaszcza, gdy robimy do kilkanaście razy dziennie.

Używanie reguł i grupowanie maili z linkami w różnych folderach pozwoli na łatwą priorytetyzację poszczególnych informacji.

A jak wygląda Wasza walka o czas?

Kryzys finansowy na własnym przykładzie

October 15th, 2008

Około półtora miesiąca temu postanowiłem w banku Millennium zaciągnąć pożyczkę hipoteczną w CHF o wysokości 65 tysięcy złotych. Pożyczka ta charakteryzowała się tym, że miała nieporównywalnie niższe oprocentowanie (6,29%)  od zwyczajnego kredytu konsumenckiego, gdzie oprocentowanie sięga nawet 25%. Zwłaszcza w przypadku, krótkiego okresu kredytowanie (5 lat) jaki mnie interesował. Zabezpieczeniem jest jakaś nieruchomość, wiec ryzyko dla banku dużo mniejsze.

Wszystko szło gładko i bezproblemowo, pozytywną decyzję otrzymałem 25 września i jak informowali mnie pracownicy banku lada dzień będziemy umawiać się na podpisanie umowy. Ostatnią przeszkodą miała być (raczej rutynowa) decyzja ubezpieczyciela, firmy zewnętrznej, która ubezpiecza takie kredyty.

No i pewnego pochmurnego dnia do siedziby banku Millennium dotarła informacja, że na świcie szaleje kryzys, biedne banki przestają już sobie ufać i nie pożyczają wzajemnie pieniędzy. Z dnia na dzień mój kredyt zaczął być dla banku problemem, bo jeśli mają do dyspozycji ograniczoną ilość gotówki to wolą ją pożyczać tak, by maksymalnie na tym zarobić, a zarobek 10 tysięcy złotych w ciągu 5 lat (tak by to wyglądało w moim przypadku) nie robi na nich wrażenia. Lepiej z takich małych kredycików ustukać ogromny, na 45 lat, podnieść marżę i dobrze zarobić.

Zaczęły się więc dziać dziwne i absurdalne rzeczy. Okazywało się, że pełnomocnictwo się nie nadaje (wcześniej było super) , że kolejne pełnomocnictwo nie zostało wysłane do analityka przez pracownika banku, mimo zapewnień, że tak się stanie. Sami już zaczęli się gubić w ściemnianiu, przestali odpisywać na maile i oddzwaniać na telefony.

Dzisiaj, czyli 15 października wyjaśnienie pojawiło się w prasie.

Dodatkowo, otrzymałem telefon od banku Millennium, że w związku z „sytuacją na rynku” i w trosce o „bezpieczeństwo swoich klientów” anulują wszystkie decyzje dotyczące kredytów w walutach i kierują do ponownego rozpatrzenia na nowych warunkach.

Moim zdaniem, ktoś w Millennium już dawno podjął nieoficjalną decyzję o wstrzymaniu tych kredytów, z tym, że oficjalnie potrzebna była np. uchwała zarządu, więc nakazali pracownikom robić wszystko, by uniemożliwić podpisanie już przyznanych kredytów. Gra na czas się opłaciła. Wreszcie oficjalnie i pełnoprawnie mogą powiedzieć mi „F*CK OFF”.

Ja rozumiem, że to są pieniądze banków (w pewnym sensie) i nie ma żadnego nakazu pożyczania ich komukolwiek, ale fakt, że byłem przez miesiąc czasu okłamywany przez instytucję, której powinno się z założenia ufać jest chyba godny odnotowania z pożałowaniem wyłącznie.

Widać ten cały kryzys nie dotyka wyłącznie sfery finansowej. Aktualne wydarzenia pokazują, że banki są ostatnimi instytucjami na świecie, które powinny mieć do czynienia z pieniędzmi, ale również i z ludźmi.

* Dzięki dla Arka za ilustrację do postu

Nie ufajcie rankingowi

October 6th, 2008

Polski internet obiegła ostatnio informacją o bankructwie jednego z większych i starszych sklepów internetowych - hoopla.pl

Temat już pewnie dobrze został przewałkowany przez blogosferę. Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na coś zupełnie innego. W artykułach na ten temat często przypomina się, że “Hoopla.pl została w październiku 2007 r. uznana przez Deloitte za najbardziej dynamiczną środkowoeuropejską firmę

Wiele osób, które to czyta zastanawia się zapewne jak to możliwe, że taka wspaniała firma, nadzieja całej Środkowej Europy z dnia na dzień pada jak mucha, a jej akcje dla inwestora (MCI) są warte dokładnie 1zł.

Osobiście miałem przyjemność pracować w firmie, która to w tym samym rankingu (z tym, że w 2005 roku) zajęła miejsce w pierwszej 20tce

Współpracę z tą firmą wspominam bardzo miło i sympatycznie, natomiast wiadomość o jej znalezieniu się w tym zestawieniu była dla mnie porażająca. To firma jakich w Polsce są setki, a w Centralnej Europie tysiące. Firma będąca ISP oraz zajmująca się tworzeniem low costowych serwisów internetowych o budżetach średnio 3-5k. I daję głowę, że nikt z Was o niej nigdy nie słyszał, bo niby przy jakieś okazji?

Do dziś nie pojmuję jakim cudem znalazła się w tym rankingu. Słyszałem jednak, że ów ranking jest / był w istocie konkursem beletrystycznym na najlepszą powieść dotyczącą swojej firmy, wysnutą przez prezesów. Trzeba było podesłać trochę historyjek, mieć kilka ciekawych referencji, egzotycznych klientów, niewiarygodne wyniki finansowe oraz kosmiczne plany na przyszłość i zostawało się jednym z liderów regionu.

Niezależnie od obecnej sytuacji sklepu hoopla.pl egzamin z “kreatywnej dynamiki” według Deloitte zdali wzorowo.

Parafrazując Łonę - “Nie ufajcie rankingowi”

Czas opróżnić szafy, czyli darmowe pomysły za jeden uśmiech

September 29th, 2008

Zapraszam do punktowania mojego pomysłu na serwis internetowy w ramach akcji “Nie bądź psem ogrodnika” organizowanej przez autora bloga netto.blox.pl

Każdy z Was ma pewnie pełną szufladę (albo nawet szafę) pomysłów. Czas przestać się oszukiwać, że uda się je wszystkie zrealizować i skupić się na tych najbardziej wartościowych i realistycznych.

Ja w ramach porządków w  szafie przedstawiam “Słówkera”. Pomysł do samodzielnego montażu i wykorzystania. W razie podjęcia rękawicy służę radą i wsparciem moralnym.

W szafie zrobi się nieco luźniej, a jako ciekawostkę powiem, że realizowany obecnie panklient.pl czekał w niej 3 lata. Chodzą słuchy, że było warto czekać :)

Polska 2.0, czyli za 12,99 pracownik fastfoodu staje się człowiekiem

September 26th, 2008

Pomijając wszelkie terminologie i numeracje webu, w przypadku polskiej sieci możemy zdefiniować (głównie na potrzeby tego posta) epokę przed NK i po NK.

NK w moim odczuciu pełni dziś rolę współczesnej książki telefonicznej. A że technika poszła do przodu to można jeszcze dorzucać zdjęcia i wysyłać “smsy”. W PRLu w ramach profilu można było sobie wstawić przed nazwiskiem tytuł naukowy. Aż żal tak “pięknej” tradycji, bo wymarła ona również na wizytówkach.

W tamtych czasach, by zadbać o całą swoją prywatność wystarczyło zastrzec numer telefonu, dziś jesteśmy na tacy. Sama NK to wynalazek zupełnie niewinny, ale życie tworzy nieoczekiwane mashupy.

Zastanawialiście się kiedyś kto pracuje w Mc Donaldzie? W sumie po co. Przecież to “studencki pracodawca roku”, a studenci gdzieś pracować muszą (niewidzialna ręka rynku nieruchomości postanowiła ostatnio, że mieszkać nie muszą).

Jako, że Mc Donald obok którego codziennie przechodzę jest w remoncie na miejsce eksperymentu wybrałem KFC. Tam stuff ma na tabliczkach swoje imię i nazwisko, a jak ktoś jest słaby z pamiętania to na paragonach drukowane są personalia kasjera. Jeszcze o dziwo bez numeru gadu gadu.

Po przepytaniu NK dowiedziałem się, że dziewczyna, która sprzedała mi dziś śniadanie ma jakieś życie prywatne, przyjechała z mniejszej miejscowości, studiuje na politechnice i walczy o miejsce w DSie, ma nawet jakiś przyjaciół. Studiuje dziennie więc za parę dni już jej tam nie będzie. Te wszystkie informacje kosztowały mnie na wynos 12,99.

Anonimowy, pomiatany i powszechnie wyśmiewany sprzedawca fastfoodu staje się nagle człowiekiem i to co gorsza z ambicjami. Co niektórzy dali by mu nawet status mikrocelebryty, bo w sumie kto dziś nim nie jest?

Czy taki masowy zanik anonimowości zmieni nasze relacje między ludzkie? Czy teraz świat dzieli się na “znajomych” i tych których jeszcze nie namierzyłem na google lub NK?

Czujecie już różnicę między “przed” i “po” NK?